Czy Claire Underwood by to założyła? – o blogu, modzie i biznesie z Moniką Kamińską, autorką BLACK DRESSES

Jeśli ktoś w tym kraju zna się na klasycznych sukienkach, to na pewno ona, autorka bloga BLACK DRESSES i założycielka marki MONIKA KAMIŃSKA. W rozmowie z Olką Kaźmierczak opowiada o prowadzeniu biznesu, sprzedawaniu odzieży przez Snapchata i pieniądzach, które nadal są w Polsce wstydliwym tematem. 

9 lipca pisałaś o „totalnie nowym etapie blogowania”. Co się wtedy u Ciebie działo?

9 lipca to taka umowna data, ponieważ akurat tego dnia udało mi się uruchomić nowy wygląd bloga, nad którym pracowałam razem z grafikiem Jakubem Kędziorą od dwóch miesięcy. Natomiast najważniejsze w tamtym momencie było to, że po trzech latach równoległej pracy na etacie oraz nad blogiem, a ostatnio również nad sklepem, w końcu postanowiłam zwolnić się z pracy. Czekałam z tym newsem na nowy wygląd bloga, by dodatkowo podkręcić tę informację i symbolicznie zacząć nowy etap w swoim zawodowym życiu.

Ile osób pracuje nad Twoim blogiem?

Współpracuje z kilkoma osobami. Na stałe i do dużych projektów jest to właśnie grafik, o którym wspominałam wcześniej. Niedawno do mniejszych rzeczy, na potrzeby sklepu i bloga, nawiązałam kontakt z ilustratorką. Dodatkowo regularnie korzystam z usług korektora oraz kilku fotografów. Okazjonalnie z pomocy redaktora,  fryzjera i makijażysty. Kilka osób na zasadzie zadaniowo-projektowej pomaga mi też w sklepie, w rzeczach typu obsługa klienta, reklama, księgowość itp.

Bloga Moniki Kamińskiej czyta miesięcznie średnio 90 tysięcy osób 

Czy zgadzasz się z tym, że stawki blogerów są wygórowane? 

Nie, bo wiem, jakie są stawki reklamowe innych mediów. To, co dostają blogerzy, to są resztki po radio, telewizji i prasie. Jakiś czas temu wdałam się w dyskusję na Facebooku. Jedna z dyskutantek twierdziła, że blogerzy nie mają prawa brać pieniędzy za reklamę, ponieważ blogowanie nic nie kosztuje, a nawet jeśli, to zainwestowane pieniądze zwracają się po jednej reklamie. Delikatnie mówiąc, nigdy nie słyszałam większej bzdury. Są oczywiście blogerzy, którzy nie wydali na bloga ani złotówki, ale z tego co mi wiadomo, to raczej nadal pracują na etacie, a blog jest formą dorobienia po godzinach. W moim przypadku wyglądało to trochę inaczej, ponieważ fiksuję się na punkcie wysokiej jakości mojej pracy. Zaczęło się od tego, że zorientowałam się, iż robię beznadziejne zdjęcia. Poszłam więc na dwa kursy fotografii, kupiłam aparat, dwa obiektywy, lepszy komputer do obrabiania zdjęć, programy do ich edycji itp. To kosztowało dużo, ale nie żałuję ani złotówki, bo naprawdę bardzo pomogło mi w pracy. Do tego trzeba dodać pieniądze, które regularnie płacę moim współpracownikom, ZUS, podatek i inne atrakcje związane z prowadzeniem firmy, więc robią się naprawdę duże koszty stałe.   

Chiara Feragni zatrudnia 16 osób i zarabia 8 milionów dolarów rocznie. We Włoszech wszyscy ją uwielbiają, uniwersytety ekonomiczne zapraszają ją na prelekcje. W Polsce wręcz przeciwnie. Zarabiasz na blogu – ludzie chcą Cię zrównać z ziemią.

W Polsce w złym tonie jest mówienie o pieniądzach. A przecież praca blogera to czasem jest praca 16 godzin na dobę. Najlepszym przykładem są wakacje. Byłam w tym roku na Sycylii i poza tym, że oczywiście zawsze chciałam tam pojechać, bo kocham Włochy, pogoda była cudowna, a ja nie siedziałam w ogóle przy komputerze, to jednak pracowałam. Dla mnie wyjazd zagranicę to doskonała okazja do przygotowania unikatowych notek na bloga. Wtedy codziennie robię około 300 zdjęć. Cały czas myślę o kadrach, o tym, jaką historię chcę opowiedzieć czytelnikom, czy to co chcę im pokazać będzie ich w ogóle interesować, czy może powinnam jednak poszukać innego miejsca do zdjęć. Po takich tygodniowych wakacjach wracam do domu do z dwoma tysiącami ujęć i robię wstępną selekcję. Do wpisu obrabiam około 50 najlepszych z danego tematu, następnie robię kolejną selekcje i wybieram 20-30 najfaniejszych, które układam w odpowiedniej kolejności, ewentualnie znów obrabiam i na samym końcu piszę tekst. Cała notka jest wysyłana do korekty i kiedy mam już pewność, że wszystkie przecinki są poprawione, to publikuję wpis, a następnie zajmuję się jego dystrybucją we wszystkich kanałach social media.

Przedłużeniem bloga Kamińskiej jest sklep z sukienkami z naturalnych tkanin sygnowany jej imieniem i nazwiskiem

Fajne wakacje (śmiech). 

Dlatego postanowiłam pokazać na Snapchacie, ile to wszystko zajmuje. Choć podczas jednego z paneli dyskusyjnych na Uniwersytecie Warszawskim powiedziałam, że nie będę używać Snapchata, bo nie ma na nim mojej grupy docelowej. Kilka tygodni później spotkałam się z Konradem Jureckim w Poznaniu. Konrad zapytał, dlaczego nie pokazuję, jak robię sukienki i piszę bloga. Uznałam, że jest to świetny pomysł. Zaczęłam nagrywać cały proces i po trzech snapach byłam już kompletnie wkręcona. Raz nawet udało mi się Snapchatem sprzedać sukienkę. Po prostu wrzuciłam Snapa o tym, że osobiście obsługuję klientki w Studio Zaczkiewicz. W odpowiedzi dostałam kilka pytań o to, do której jestem na miejscu. Aż w końcu jedna ze snapujących osób odwiedziła mnie w studio i zrobiła zakupy. Na drugi dzień czekała na mnie wiadomość, oczywiście na Snapchacie – zdjęcie w nowej sukience. Premierowo na Snapie pojawiają się też nowe kolekcje, przymiarki. Często po filmach z przymiarek dostaję informację zwrotną, że na przykład dekolt mógłby być większy, więc poddaję się sugestiom i poprawiam.

Przewaga Snapchata nad innymi kanałami komunikacji?

Najbardziej podoba mi się to, że zdjęć na Snapchacie nie trzeba obrabiać. Dostępne trzy podstawowe filtry pozwalają na wrzucanie surówki. Osobiście lubię filtr czarno-biały i stosuję go wieczorem, żeby nie było widać, że po całym dniu rozmazał mi się makijaż (śmiech).

Czy klientki Twojej marki MONIKA KAMIŃSKA chcą Cię naśladować?

Raczej to ja chcę spełniać ich potrzeby. Dlatego w czerwcu do wszystkich klientek wysłałam maila z zapytaniem, jakie są ich wymagania odnośnie nowej kolekcji. Oddźwięk był ogromny. Kobiety dokładnie opisały, czego brakuje im w szafach. Jesień-zima została zaprojektowana specjalnie pod moje klientki. 

Sukienki z cool wool robiły furorę podczas upałów – jedna z nich sprzedała się nawet poprzez Snapchata, fot. Sylwia Mórawska

Ale przecież sukienki, o których postujesz, lepiej się sprzedają.

Sprzedają się lepiej, ponieważ klientki widzą je na normalnej figurze i zwykłej kobiecie, która nie jest modelką.

Współpracujesz z blogerkami modowymi. Jak to jest być po tej drugiej stronie?

Ciekawie (śmiech). Okazjonalnie nawiązałam już dwie współprace, z czego jedna była strzałem w dziesiątkę. Mówię tutaj o blogerce Kamili Mraz – Cammy, która przygotowała stylizację w mojej kremowej sukience z cool wool. Zdecydowałam się na Kamilę, ponieważ jest dla mnie kwintesencją kobiecości i elegancji, a bardzo chciałam pokazać sukienki na kimś z innym kolorem włosów niż blond – ja i modelka w sklepie jesteśmy blondynkami. Kamila przygotowała świetną sesję w klasycznym stylu i znalazła się na 2. miejscu w TOP 5 najlepiej ubranych blogerek lipca wg Kasi Tusk. Kasia dodatkowo w notce podkreśliła, że sukienka wykonana jest z cool wool, co niezwykle mnie ucieszyło, ponieważ jestem pierwszą osobą w Polsce, która wyprodukowała ubrania z tej tkaniny, a pół roku temu nikt o tym nie wiedział. Krótko mówiąc, bycie blogerem dało mi taką znajomość blogosfery, że od razu miałam świadomość do kogo się zwrócić, żeby osiągnąć świetny efekt.

A może pomogło Ci bycie PR-owcem? Podyplomowo studiowałaś PR polityczny.

Bardzo. Chociaż tak naprawdę nigdy nie pracowałam jako piarowiec dla żadnej matki poza swoją, to w trakcie studiów miałam ogromną przyjemność uczyć się od geniusza pijaru politycznego – Jerrego Abramczyka. Pod jego opieką wyspecjalizowałam się w budowaniu wizerunku polityków w Internecie. Teraz politykami się nie zajmuję, ale Internetem tak. I chociaż nie mam brand booka, ani rozpisanej w punktach strategii, a raczej robię rzeczy intuicyjnie, to od samego początku wiem, co, po co oraz dla kogo chcę to robić. Dzięki temu wszystkie moje działania są spójne i tworzą całość. 

Kamińska ma na swoim koncie kampanie reklamowe z takimi markami jak Colgate czy Kropla Beskidu jednak jak sama twierdzi, to sklep z ubraniami pochłania 100 proc. jej uwagi, fot. Maciej Cioch

W jaką stronę będziesz rozwijać swoje marki?

We wrześniu poszerzam ofertę sklepu o apaszki, chusty i szaliki, natomiast w październiku ruszam z sukienkami z długim rękawem, spódnicami i koszulami. Śmieję się, że powstaje garderoba Claire Underwood. Chciałabym powoli wyprodukować całą linię ubrań dla kobiet, które cenią sobie klasyczne kroje, naturalne tkaniny i najwyższą jakość. Za każdym razem, kiedy przymierzam próbne modele u konstruktorki, to zadaję sobie pytanie: „Czy Claire by to założyła”? Jeśli odpowiedź brzmi „tak”, oznacza to koniec pracy nad danym modelem. Jeśli „nie”, to zastanawiam się, czego temu ubraniu brakuje i staramy się to razem z konstruktorką poprawić tak, żeby uszyć coś, dzięki czemu kobieta będzie się czuła jak milion dolarów.

MONIKA KAMIŃSKA – logopeda i specjalistka ds. Public Relations. O sieci wie wszystko, bo bloguje od 12 lat. W Warszawie spotkacie ją w kolejce po wejściówki do teatru lub w biegu. Praktykuje jogę, podróżuje, fotografuje. Jej ulubionym daniem jest pizza, a artystką Agnieszka Osiecka. Niedawno zrealizowała swoje największe marzenie i wyprodukowała sukienki ze 100 % wełny. Jej celem jest skompletowanie garderoby na miarę Claire Underwood.

Zdjęcie tytułowe Sylwia Mórawska