Ja żyję w internecie! Areta Szpura o tym, że „Doing Real Stuff Sucks"

Specjaliści twierdzą, że do założenia biznesu potrzeba planów, analiz, strategii. Tam, gdzie w grę wchodzą pieniądze, nie ma miejsca na zabawę. A jednak Areta Szpura z Local Heroes śmieje się z tych stwierdzeń i Marcie Buzalskiej opowiada o sukcesie zbudowanym na spontanie.

O Local Heroes świat usłyszał dzięki Justinowi Bieberowi. Mnie jednak ciekawi co było wcześniej – co było dla Was najtrudniejsze, kiedy zakładałyście LH? Czego się obawiałyście?

Nie bałyśmy się niczego, bo nie zakładałyśmy LH z myślą, że to będzie duży biznes. Na początku robiłyśmy to całkowicie dla fanu - tak było przez pierwszy rok. Szłyśmy dzień za dniem, akcja za akcją, robiłyśmy wszystko na żywioł. Uczyłyśmy się na własnych błędach i własnych pieniądzach. Ale wtedy było to dla nas zupełnie. Miałyśmy nastawienie „dlaczego by nie?”.

Najwyraźniej było ono słuszne. Spontanicznie wysyłałyście paczki celebrytom: Justinowi Bieberowi, Rihannie. Czy dzisiaj byłoby to równie skuteczne?

Wysłałyśmy paczkę do Miley Cyrus i parę dni temu dostałyśmy od niej zdjęcie, więc to nadal działa! Ale wiadomo, że na tym długo nie pociągniemy i przestało już nam to wystarczać. Po tym pierwszym szoku, kiedy wszyscy odkryli, że można być z Polski i ubierać celebrytę z zagranicy, marki zaczęły nas kopiować. Ludzie dzielą się na takich, którzy tworzą i takich, którzy kopiują. A ja mam tak, że nie chcę tego co inni i zawsze muszę wymyślić coś nowego. Oczywiście takie akcje jak z Miley są super, bo od czasów Hannah Montana byłam jej psychofanką, ale teraz już nie wyczekiwałybyśmy pod hotelami, jak kiedyś. W tej chwili dużo bardziej cieszy nas współpraca z dużymi sieciami jak Urban Outfitters, Asos lub ekskluzywnymi butikami jak Colette.

Miley Cirus w we flagowej Smiley dress z nowej kolekcji Local Heroes

Ty jesteś kreatorką, ale jak wspomniałaś, są też ci, którzy kopiują. I to widać. Macie coraz więcej naśladowców – jak sobie z tym radzicie? Czy trudno jest utrzymać pałeczkę lidera?

Strasznie nas to wkurza! Są takie firmy, które nas kopiują, szczególnie jedna polska marka strasznie i bezczelnie od nas ściąga – np. zabrali nam kropka w kropkę projekt naszej tęczy. A najgorsze jest to, że niektórzy nie wiedzą co było pierwsze i myślą, że to my kopiujemy ich styl! Ale nie zamierzamy nawet tego komentować, bo nie chcemy im nabijać sławy i szkoda nam czasu na szarpaninę. Ignorujemy ich i robimy swoje. Myślę, że autentycznością trafimy do tych, na których nam zależy. Jeśli ktoś tylko kopiuje, to nie zatrzyma na długo odbiorców.

Kim w takim razie są ludzie do których trafia Wasz styl? Kim jest pokolenie LH?

To ludzie, którzy nie boją się ubierać inaczej. Nasze rzeczy są infantylne i zdaję sobie z tego sprawę. Ale o to chodzi, żeby ktoś miał jaja i świadomość, by założyć coś, co jest trochę śmieszne i ironiczne. LH jest dla ludzi z dystansem do siebie. Nasz styl wpisuje się w estetykę mocno Tumblrową, w stylu dzieci internetu, Kalifornii, lat 90 – niektórzy to czują. To są ludzie w wieku 17-25 lat, którzy bardzo fajnie wyglądają, prowadzą blogi i rozumieją modę. Kiedy przeglądam sieć i widzę fotki otagowane #localheroes, to serce mi rośnie. Widzieć takich ludzi ubranych w twoje rzeczy, to jest najlepsza rzecz na świecie.

A nie boisz się, że Wasza estetyka, która jest bardzo mocno określona i jak wspomniałaś Tumblrowa, w pewnym momencie się przeje i przestanie sprawdzać?

Nie, nie boję się, bo nie wierzę w trendy. Mam wrażenie, że to jest coś strasznie przeterminowanego. Teraz wszystko jest modne. Nie jest tak, że w tym sezonie jest kratka i jeśli jej nie mamy, to nikt u nas nic nie kupi. Jasne, gazety muszą o czymś pisać, muszą jakoś klasyfikować pokazy, ale nie mówiłabym w tej chwili o trendach. Raczej o tym, że ludzie podzielili się na grupki lifestylowe i wokół nich budują swoją osobowość. Mamy nadzieję, że znajdziemy coraz więcej odbiorców, którzy rozumieją naszą estetykę. Będzie ona pewnie ewoluować, ale na pewno się nie zmieni.

Gdzie w takim razie szukacie inspiracji?

W nas samych. Ja osobiście bardzo lubię przeglądać moje albumy z dzieciństwa. Zawsze żałuję, że moja mama wyrzuciła część rzeczy, które widzę na zdjęciach. Na początku ciągle siedziałyśmy w internecie, żyłyśmy w nim i chłonęłyśmy te obrazki. To nas mocno nakierunkowało. Teraz mam wrażenie, że teraz w sieci wszystko jest bezpieczne. Cieszę się, że dziewczynki w Polsce mają ładne Instagramy, ale to jest raczej bycie Tumblrową trzynastką na pokaz. Ludzie tutaj są za bardzo asekuracyjni. To jest duży polski problem. W Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych widzę ludzi, którzy nie boją się zaszaleć i to jest ekstra, to mnie inspiruje. Kiedy byłam pierwszy raz w Kalifornii, stanęłam na plaży i pomyślałam- ja żyję w internecie. To wszystko, czego się naoglądałam, naprawdę istnieje i jest na wyciągnięcie ręki. Styl LH to właśnie mieszanka naszych zajawek, tego co znajdujemy w sieci i co nam się podoba na ulicach.

Sesja w Venice Beach i LIPS swetashirt

A wracając do Polski, są jakieś lokalne marki, które was inspirują, które obserwujecie?

Są takie polskie marki, które chociaż nie są w moim klimacie, to jestem z nich mega dumna. To jest UEG, Magda Butrym i Misbhv. Z Natalią z Misbhv bardzo dobrze się znamy i kumplujemy. Niektórzy gadają, że jak to – z konkurencją? Ale to po pierwsze nie jest konkurencja, bo Misbhv ma zupełnie inny vibe. Po drugie, bardzo miło jest mieć kogoś, kto cię dobrze rozumie, bo ma podobne problemy. Zdarza się, że pomagamy sobie nawzajem. Wiem, że wchodzą teraz na zagraniczne rynki i strasznie im kibicuję, bo robią to, w co wierzą i do tego dobrze im to wychodzi. Bo jak ktoś robi tylko copy, copy, copy, to nie może oczekiwać, że inni to kupią. Nawet jeśli Pudelek o tym napisze i ubierze to pogodynka, to co z tego? To nie ma merytorycznej wartości. Więc kiedy znajdzie się ktoś taki jak UEG, Misbhv czy Butrym, to raz dwa i już zachód o nich pisze i ludzie to noszą. Rynek zachodni jest bardzo chłonny na trendy i ciekawe rozwiązania. Tylko musi o nich wiedzieć.

A jak Wam się udało dostać do prasy? Napisał o Was między innymi „Nylon” – same się zgłaszacie czy to media się do Was odzywają?

Nigdy nie zabiegałyśmy o uwagę mediów, ale korzystamy z okazji, kiedy taka się trafia. Mamy taką zasadę, że jeśli ktoś proponuje zdjęcia, wywiad, to staramy się nie odmawiać. W końcu to fajna reklama i PR. Czasami, tak jak z „Nylonem”, to czysty przypadek. Akurat pojawiłam się w dobrym miejscu i w dobrym czasie. Okazało się, że znajomy znajomego szuka ciekawych młodych projektantów i jakoś nam się udało. Zdarzało mi się też na przykład zagadywać kogoś na imprezach bo wydawało mi się, że go znam, a tak naprawdę to po prostu followałam go na Instagramie. To są śmieszne sytuacje, ale w ten sposób też poznaje się ludzi z branży i to pomaga. Nie mamy specjalisty od PR-u. Wszystko to spontaniczne sytuacje.

171 tys. polubień na Waszym fanpage, 108 tys. followersów na Instagramie. To naprawdę spontan, a nie strategia?

Jak już mówiłam wszystko robimy na czuja. Nie mamy żadnej strategii. Na Facebooku, Instagramie zawsze improwizowałyśmy, bo to wszystko jest dla nas bardzo intuicyjne. Czasami trochę to zaniedbujemy, bo prowadzenie LH zajmuje mnóstwo czasu, szczególnie biznesowe sprawy i nawet na tworzenie kolekcji starcza niewiele czasu. Zdarza się, że siostra mi przypomina – wrzuć w końcu coś na Facebooka! I faktycznie, dopiero wtedy sobie przypominam, że znalazłam fajne zdjęcie, które miałam zamieścić. Więc jeśli pytasz o to, czy mamy plan publikacji, to stanowczo nie!

A co ze Snapchatem? Coraz więcej marek modowych się na niego decyduje.

Ze Snapchatem jest tak, że to wcale nie jest nowość. Znam już od trzech lat, tylko dopiero od niedawna się o nim mówi. Jasne, czemu nie? Snapchat jest świetny, szczególnie dla dzieciaków, trzynastek. Moja młodsza siostra ciągle na nim siedzi, pstryka, ogląda. Ja jestem już trochę inna, wolę się zrelaksować, usiąść w ogródku, powoli sobie wszystko poprzeglądać. Ale zastanawiamy się nad Snapchatem, chociaż nie wiem kiedy znajdziemy na to wszystko czas. Chyba musiałybyśmy zatrudnić kogoś, kto zająłby się całymi social media za nas.

Podkreślasz, że działacie na tzw. czuja. Jestem więc ciekawa czy zdarzają się wam wpadki? Bo przecież ciężko założyć biznes i od razu trafić w dziesiątkę.

Ciężko w ogóle trafić w dziesiątkę! Ale to wcale nie jest fajne – życie byłoby nudne, gdyby wszystko szło zgodnie z planem i założeniem. A wpadki? Dużo mamy takich biznesowych potknięć. Na przykład sklep internetowy – ten który powstał na początku, nie do końca się sprawdzał. Potem zrobiłyśmy kolejny, który miał być super, ale też okazał się kompletnie nie do użytku. W końcu teraz, po jakichś dziesięciu próbach i koncepcjach, mamy sklep, który wygląda i jednocześnie działa. A PR-owe wpadki? Raczej nie, po prostu brak wiedzy. Dopiero od niedawna mamy kogoś, kto pomaga nam przy e-commerce, newsletterach, etc. Na początku nie słyszałyśmy o takich narzędziach jak Google Analitycs, a szkoda, bo bardzo by nam się to przydało. Jest też bardzo dużo rzeczy, które trzeba zorganizować, a o których nie miałyśmy wcześniej pojęcia. Na przykład tak było z wysyłkami paczek – nie wiedziałyśmy, że jest coś takiego jak umowa z pocztą i na początku ogarnięcie zamówień było masakrą. Ale zaprzyjaźniłyśmy się z paniami na poczcie i jakoś poszło.

Pierwszy showcase Local Heroes, Londyn, Cereal Killer Cafe

A jak było z podziałem obowiązków? Ile jest Arety, a ile Karoliny w Local Heroes?

My obie jesteśmy LH- bez jednej z nas nie byłoby tej firmy, nie zaszłybyśmy tak daleko. Karolina jest tą biznesową, trzeźwo myślącą stroną. To ona mówi: ok, to się sprzeda, to się nie sprzeda, tu trzeba zmienić kolor. Karolina wszystko ma uporządkowane i poukładane. Ja uwielbiam biegać, załatwiać, zagadać, wymyślać nowe rzeczy. Karolina jest od tego, żeby mnie przystopować. Zawsze staramy się dojść do takiego porozumienia, żeby rzeczy które robimy były fajne, innowacyjne, a jednocześnie, żeby miały jakąś szansę, żeby się sprzedać. To jest tak, że jednocześnie się kochamy i nienawidzimy. I nawet kiedy czasem się nie zgadzamy, to i tak wiem, że bez Karoliny nie stworzyłabym LH i obie siebie potrzebujemy.

To w takim razie co teraz? Jakie macie plany?

Po prostu ogarnąć – to jest nasz główny cel. Musimy znaleźć nowe biuro, powiększyć ekipę, chcemy nadać temu wszystkiemu jakiś system, żeby móc pozwolić sobie potem na kreatywną twórczość. I tak jest już całkiem nieźle! W biurze wisi na tablicy wielka kartka „kolekcja Spring / Summer 2016”. My i plany? Wow! Drugą sprawą jest to, że w Polsce nigdy nie osiągniemy jakiegoś wielkiego pułapu. Skoro nie chcemy więc zmieniać siebie, to szukamy rynków, które nas zrozumieją. Na przykład Anglia jest dla nas super. Tylko dwie godziny samolotem, ale ludzie tam zupełnie inaczej się ubierają. Kiedy idę w Warszawie ulicą, widzę jedną, dwie osoby, które chciałabym ubierać. W Anglii co drugą. Zresztą jesteśmy na tym rynku pozytywnie odbierane. Dużo sklepów się nami interesuje, jak np. ASOS. Kolejnym rynkiem są też Stany Zjednoczone, no i oczywiście jakieś dalsze kierunki. Azja, Australia – nie działałyśmy tam jeszcze, ale powoli trzeba będzie o tym myśleć. I kto wie co dalej? Teraz mamy kilka fajnych kolaboracji – to na razie jest top secret, ale... Będzie się działo!