Kolor jest dla mnie wszystkim – rozmowa z Olką Osadzińską

„Gdybym w wieku 8 lat miała dwadzieścia par różowych dresów zamiast jednej, przywiezionej przez tatę ze Stanów, może teraz używałabym w pracy mniej różowego, a więcej czarnego.” Olka Osadzińska o swojej relacji z kolorem, reakcji ludzi na współpracę z Reebokiem i kulisach pracy ilustratora rozmawia z Katarzyną Kwiecień.

Olka, jak się czujesz jako jedna z najważniejszych ilustratorek młodego polskiego pokolenia?

Nawet nie wiem co mam na to odpowiedzieć (śmiech). Jedna z najważniejszych? Młode pokolenie? Ale niezależnie od tego, jak to nazwiemy – czuję się bardzo dobrze, i ogólnie i zawodowo.

Ponoć jesteś bardzo uporządkowana, pracujesz w higienicznej przestrzeni, nie lubisz zbytku. Jak to się ma do Twoich ekspresyjnych grafik?

Moja relacja z kolorem jest skomplikowana – sama ubieram się monochromatycznie i przebywam wśród kompletnie białych ścian, natomiast w pracy kolor jest wszystkim. To dla mnie najważniejszy nośnik emocji. Kiedy pracowałam nad pierwszym projektem toreb dla perfumerii GaliLu, chciałam stworzyć rysunek, który byłby tak nasycony kolorami, by „pachniał”. Rośliny miały być żarłoczne, z braku innego słowa, i w pewnym sensie wciągać w swój świat. 

Oglądam wystawy, magazyny, filmy, ale w fazie zbierania inspiracji – natomiast w samej pracy i w przestrzeni, w której funkcjonuję, potrzebuję skupienia i odpoczynku. Zawsze uważałam, że każdy obiekt, żywy i martwy, ma pewnego rodzaju energię, więc warto zwracać uwagę na to, czym się otaczamy. To dotyczy ubioru, mebli, rzeczy, z którymi i wśród których spędzamy życie. Zwracam dużą uwagę na to, na co patrzę kiedy nie patrzę – patrząc na białą ścianę myślimy o innych rzeczach niż kiedy przyglądamy się bardzo barwnej grafice, która na niej wisi. 

Projekt toreb dla perfumerii GaliLu

Kto przyszedł do kogo. Ty do Reeboka, czy Reebok do Ciebie? Jak wyglądała Wasza współpraca przy każdym z projektów?

Reebok przyszedł do mnie i to zza oceanu. Współpracuję bezpośrednio z globalnym teamem w Stanach Zjednoczonych – z działem marketingu i produkcji. Ale takie historie nigdy nie są przypadkowe lub proste – ta współpraca nie wydarzyłaby się gdyby nie Maciek Szumny, kiedyś brand manager Reeboka w Polsce, który pokazywał moje prace swoim przełożonym. To projekt, który robi zawsze największe wrażenie na zagranicznych znajomych i klientach. W Warszawie widziany lub rozumiany jest trochę tak, jakby Małgorzata Kożuchowska zaprojektowała buty dla marki Kazar. „Zagranicą” taki projekt zrealizowany przez samodzielnie pracującego ilustratora, w dodatku sygnowany nazwiskiem i promowany jako autorski, to doceniana i komplementowana rzadkość i, w pewnym sensie, dowód na zaawansowanie zawodowe. Więc właściwie to, że zrobiłam coś na tak międzynarodowym poziomie uświadomiono mi w Nowym Jorku, chociaż moja reakcja na amerykańskie „wow, it’s amazing” jest zawsze bardzo polska (śmiech).

Czyli jaka?

Większość rozmów na ten temat przebiega według podobnego scenariusza. Na jakimś etapie ktoś pyta, co robię, a odpowiedź „jestem ilustratorem” powoduje falę kolejnych pytań – ale co rysujesz, dla kogo, jakie projekty – na koniec i tak muszę pokazać jakąś pracę, bo inaczej nikt nie może sobie tego wyobrazić. Reakcja na trzy kolaboracje z Reebokiem jest zawsze taka sama: „Wow!!! To niesamowite”, na co odpowiadam, że tak, to był bardzo fajny projekt. Po tym pojawia się kolejne pytanie – „jak to się stało? To znaczy, że musisz być naprawdę świetnym ilustratorem”, co powoduje moją lekką konsternację, i odpowiedź w stylu „dziękuję, chyba, jakoś daję radę”, wtedy najczęściej pada odpowiedź: „Reebok nie pracuje z ludźmi, którzy jakoś dają radę, pracuje z najlepszymi”. Kurtyna opada, a ja mam minę jak po Twoim pierwszym pytaniu (śmiech). Poznaję bardzo dużo ludzi i praktycznie zawsze pojawia się pytanie o pracę, więc mam już ten scenariusz przećwiczony na wylot – teraz po prostu uprzejmie dziękuję, ale nadal jest to odległe od amerykańskiego entuzjazmu.

Olka Osadzińska x Reebok Classic: model Workout Mid wiosna/lato 2014

Czy często, i czy w ogóle, idziesz na kompromisy we współpracy z międzynarodowymi klientami?

Jeśli potrzeba kompromisu, to znaczy, że był jakiś konflikt, ja wolę w pracy „risk management" niż „damage control". Zadaję bardzo dużo pytań, szczegółowo opisuję projekty i tłumaczę wszystkie techniczne i wizualne rozwiązania zaproponowane w danym projekcie. Nie używam argumentu wizji artystycznej i tego, że wiem lepiej – niczego nie wiem lepiej. Mogę wiedzieć, że ten rodzaj druku jest lepszy dla danego typu prac, bo już to kiedyś robiłam, ale jeśli chodzi o to jak sam projekt wygląda – wszyscy muszą czuć się z nim równie dobrze i wierzyć w jego powodzenie. Jeśli nie jestem w stanie przekonać do tego klienta, jak on przekona swoich klientów?

Czego oczekują duże marki zatrudniając do projektu Olkę Osadzińską?

Że zrobię najlepszy rysunek jaki do tej pory zrobiłam i że spadną z krzesła jak go zobaczą (śmiech) – chociaż nie zawsze są tego świadomi, grunt, że ja wiem, na czym polega moja praca. Czasem śmieję się, że tak naprawdę nie pracuję rysując, ale spełniając marzenia. Wszyscy są piękni, młodzi, kolorowi, pełni życia.

A czy są w Twoich projektach pierwiastki polskie?

Ja jestem w swoich pracach pierwiastkiem polskim (śmiech). Trochę żartuję, a trochę nie. Moje podejście do koloru, wybór twarzy, rola kwiatów, nawet pewnego rodzaju tłumiona we mnie, ale widoczna w pracach fascynacja „zachodem” i tym, co wiąże się z kolorową popkulturą, jest wynikiem tego, że jestem Polką z Polski, urodzoną w Polsce w roku 1984. To mnie definiuje na całe życie. Gdybym miała w wieku 8 lat dwadzieścia par różowych dresów, zamiast jednej, przywiezionej przez tatę ze Stanów, może teraz używałabym w pracy mniej różowego, a więcej czarnego.

Okładka zaprojektowana dla Elle | Olka Osadzińska w Berlinie | | Projekt dla Kulczyk Silverstein Properties

Mieszkasz w Berlinie. Jak wpływa na Ciebie to miasto?

Berlin bardzo mnie uspokoił. Żyję w mieście, w którym o 10 rano w środę idę praktycznie pustą ulicą, do pięknie zaprojektowanego Neues Museum, mijając po drodze pana z pieskiem, panią na rowerze i tańczącego do muzyki ze słuchawek biegacza – nie ma pędu, nie ma samochodów, nie ma niczego oprócz spokojnego poranka. W środku tygodnia. W stolicy jednego z największych europejskich krajów. Łatwo więc, przy odpowiednim podejściu do życia, dobrze tu z niego korzystać.

W tym roku po raz kolejny poprowadzisz warsztaty z ilustracji na Art & Fashion Forum w Poznaniu. Jak odbierasz to wydarzenie?

Zajęcia prowadzą profesjonaliści z każdej branży, ludzie aktywni zawodowo w swoich dziedzinach, którzy ze studentami dzielą się swoim doświadczeniem w pracy, a nie doświadczeniem nauczania. Bardzo zależałoby mi na tym, by jak najwięcej osób wiedziało o tym festiwalu i spróbowało wziąć w nim udział, myślę, że naprawdę warto.

Co mówisz swoim uczniom na pierwszym spotkaniu?

Na pierwszym spotkaniu przede wszystkim słucham – zadaję dużo pytań i bardzo zależy mi na tym, by wszyscy się poznali. Nie będziemy uczyć się rysować, to już potrafią, będziemy uczyć się pracować, a to już kompletnie inna bajka. Warsztaty kończą się konkursem i jeden z uczestników „wygrywa” kurs na zagranicznej uczelni. Bardzo ważne jest dla mnie by wszyscy zrozumieli, że same warsztaty to nie olimpiada z rysunku, w której wygrywa „najlepszy”. Nie ma tu obiektywnych norm, ten konkurs to wstęp do ich życia zawodowego, gdzie klient wybiera ilustratora, z którym będzie pracował, bo podoba mu się jego praca, to kwestia gustu i trzeba się do tego przyzwyczaić. Wygraną w życiu ilustratora nie jest to albo inne zlecenie, a raczej fakt, że można żyć i utrzymywać się z realizowania swojej pasji. To proces, do którego można i trzeba się przygotować – to będę chciała pokazać im na warsztatach – jak zwiększyć swoje szanse, jak pracować, jak prezentować swoje prace. Krótko mówiąc, jak myśleć.