Moda w rozmiarze XXLiar

Duże modelki wyszły z cienia, a moda w końcu przestała być wykluczająca? Dlaczego w takim razie Crystal Renn, która pokonała anoreksję i przez chwilę robiła karierę jako plus size, za moment pożałowała tej decyzji i zeszczuplała? Jak to się dzieje, że przyjazne przecież wszystkim typom kobiet marki kończą swoją rozmiarówkę na L?

Wydaje się, że modelki plus size są na świeczniku jak nigdy dotąd. W końcu tyle się o nich mówi, tyle się je pokazuje. Ale prawda jest taka, że samo zatrudnienie Candice Huffine, Ashley Graham czy Tary Lynn do sesji zdjęciowych nie sprawi, że nagle świat mody stanie się bardziej przyjazny i otwarty. Zwłaszcza, że ciągle w towarzystwie większych rozmiarów pojawiają się pewne niejasności. Wszystko dlatego, że dwa światy, czyli ten projektantów mody i ten klientów, się gryzą. Pierwszy plus size zaczyna tuż po rozmiarze 4, drugi – po 12. Jeśli tak określane są ubrania L, to gdzie się mieszczą XXL?

Prawie rok temu mogliśmy oglądać Mylę Dalbesio w sesji promującej bieliznę „Perfectly Fit”  Calvin Klein. Wystąpiła tuż obok innych modelek – Jourdan Dunn, Ju Hye Park czy Lary Stone, a kampania w zamyśle miała promować różne figury, budowy i rozmiary kobiecego ciała, w tym te duże. Dalbesio nie została przez markę określona bezpośrednio jako „plus size”, ale z dziewczyn CK była największa. Skojarzenie więc nasunęło się samo. Sama o sobie mówi, że „nie jest wystarczająco szczupła, by pasować do szczupłych dziewczyn, ani na tyle duża, aby ją określać dużą”. Jednak parę lat wcześniej jej agencja Ford Models określiła ją jasno: plus size. Jaki w końcu rozmiar nosi Dalbesio? Raz 8, raz 10 – czyli M/L.

  

Piękne zdjęcia, piękna plaża, piękna kobieta. Tara Lynn w kampanii H&M z 2011 roku

Wieść gminna niesie, że niektóre modelki podczas sesji zdjęciowych do kampanii muszą wciskać się w ubrania, które są na nie zwyczajnie za małe. Wciąga się brzuch, nie dopina sukienki na plecach. Bo większe rozmiary wyglądałyby źle. Bo większych rozmiarów zwyczajnie nie ma. Zamiast modelek plus size zazwyczaj pozują więc te szczuplejsze, a podpisy pod zdjęciami naciąga się łatwiej, niż za małe legginsy. Kiedy modelka nie jest zbyt przekonująca figurowo, dodaje się tu i ówdzie parę centymetrów w programie graficznym. Robyn Lawley, pracująca między innymi jako plus size dla Ralph Lauren, przy wzroście 188 centymetrów waży 76 kilogramów. Jej waga jest prawidłowa, a żeby taka nie była, musiałaby przytyć jeszcze 12.

Ale oszukiwać da się też w sposób tradycyjny. Może nie wkładając pod bluzkę poduszkę udającą większy brzuszek albo tworząc skomplikowane charakteryzatorskie konstrukcje drugiego podbródka i masywniejszych ramion, ale dość podobnie. Niektóre modelki na sesjach zdjęciowych muszą pod ubraniem mieć odpowiednie wkładki. Silikonowe do biustonosza, aby piersi wydawały się duże, trochę inne na pośladki i biodra, żeby je zaokrąglić i poszerzyć. Zostają oczywiście zgrabne nogi i szczupła talia, a całość daje efekt figury w kształcie klepsydry i oczywiście wydaje się plus size. Z rozmiaru 10 czy 12 robi się wizualnie 16. I to takie, o jakim wiele kobiet dalej może tylko pomarzyć. Podobny eksperyment, na przykładzie modelki Katie Green, pokazał na swojej stronie internetowej tabloid Daily Mail. Green jednak nie jest odosobniona. Używanie takich „wspomagaczy figury” potwierdza też między innymi modelka Marquita Pring, swego czasu pracująca dla marki Jean Paul Gaultier.

  

Z okazji 90. urodzin francuskiego Vogue'a Terry Richardson sfotografował ucztującą Crystal Renn. Sesja odbiła się głośnym echem w świecie mody

Po co to wszystko? Przecież duże dziewczyny chciałyby widzieć w tych pięknych ubraniach osoby podobne do siebie. Sonda przeprowadzona w 2013 roku przez Plus Model Magazine wykazała, że ponad 91 proc. respondentów wolałoby zobaczyć w reklamach i gazetach modelki w rozmiarze większym niż 12 i aż 95 proc. stwierdziło, że kobiety o rozmiarach 6, 8 i 10 są nieodpowiednie do reprezentowania rynku plus size. Niestety, moda nadal jest wykluczająca i niedemokratyczna.

Nazywajmy rzeczy po imieniu. Reklama kłamie. PR kłamie. Zdjęcia kłamią. Sęk w tym, że pokazywanie modelek będących – chociażby tylko z nazwy – plus size, ociepla wizerunek marki. Wydaje się ona wówczas przyjazna, równająca szanse, postępowa. Dziennikarki o nienagannych figurach zachwalają projektantów i co chwilę głoszą w modzie „przełom i nową erę” i generują artykuły z ogromną ilością kliknięć, bo wszyscy się zastanawiają, czy to już. A tego jak nie było, tak nie ma. Pasujące ubrania plus size prędzej znajdziesz w sklepie „Odzież dla puszystych” niż w sieciówkach. Nie mówiąc już o projektantach. Często sklepy nawet nie pokwapią się o wprowadzenie ubrań w rozmiarach aż do 14, a marki, które zdecydowały się na sprzedawanie większych rozmiarów można policzyć na palcach jednej ręki. Wystarczy wejść na stronę Calvin Klein i wybrać na przykład koronkowe figi, pierwsze z prawej. Dostępne rozmiary – XS, S, M, L. Gdzie reszta? Jeśli masz szczęście, wśród sukienek i koszulek znajdziesz XL, ale nie więcej. Niewiele sklepów myśli o osobach plus size, nawet jeśli któregoś razu pozowały na plus size friendly. Większość rozmiarów każdego rodzaju ubrań jest ograniczona i prędzej zobaczysz XXS, niż XXL.

Czy Myla Dalbesio rzeczywiście powinna być nazywana modelką plus size?

Tess Holiday, która jest pierwszą modelką o rozmiarze 22 (czyli europejskim 52), o problemie mówi otwarcie: „Nie tylko ja tego pragnę, ale też inne kobiety chciałyby mieć swój głos w tej sprawie. Potrzebujemy więcej modowych opcji, większej różnorodności ubrań i prezentowanych w mediach figur. Myślę, że to głupie, że czołowi projektanci nie troszczą się zbytnio o klientki plus size. Też mamy pieniądze, więc czemu nie myślą o tym, że mogłybyśmy je wydać właśnie u nich?”.

Pięć minut modelek plus size, które i tak jest obłudne, to żadna rewolucja. A przed nami jeszcze dużo roboty, żeby zamiast pięknych ubrań XXLiar, pojawiły się prawdziwe XXL. I większe.