Początek ery ludzi-cyborgów

Narzekanie na brak wolnego czasu to temat, który ożywi nawet najbardziej nieklejącą się rozmowę. Niestety, choć postęp pozwolił nam na znaczne przedłu- żenie ludzkiego życia, to wciąż nikt nie wpadł na to, jak dodać dobie kilka godzin ekstra. Nic dziwnego, że każde 24 godziny chcemy wykorzystać jak najlepiej i wycisnąć z nich wszystko, co się da. A że przy okazji część z nas upodabnia się do super wydajnych cyborgów? Cóż, ponoć w tym kierunku zmierza ewolucja.

Jeśli Twój budzik dzwoni codziennie o tej samej godzinie, to o zwiększaniu efektywności wiesz tyle, co kot napłakał, a widmo przemiany w cyborga raczej nie powinno spędzać Ci snu z powiek. Prawdziwi wyjadacze już dawno pobrali jedną z aplikacji analizujących poszczególne fazy snu. Wystarczy położyć telefon w pobliżu głowy – dla PR-owca to akurat żadna nowość, większość z nas i tak zasypia dopiero po przejrzeniu firmowej skrzynki – a Sleep Cycle alarm clock obudzi Cię dokładnie w momencie, gdy sen jest najlżejszy. Dzięki temu pobudka nie będzie tak brutalna, a jeśli okaże się, że najpłytsza faza snu przypada nie o 6:15, ale np. 5:30 to Twój dzień zyska dodatkowych 45 minut. Taka niespodzianka! O wstaniu lewą nogą nie ma mowy!

Dzień dopiero się jednak zaczyna. Drogę do pracy możesz pokonać autem lub tramwajem, oddając się przy tym lekturze porannej prasy. Pytanie brzmi, po co? Nie lepiej od razu wkroczyć do biura z głową wolną od myśli, bo oczyszczoną po porannym joggingu? Wyświetlająca się w Endomondo liczba pokonanych kilometrów od razu wprawiłaby Cię w dobry nastrój. A co mają zrobić pechowcy, dla których odległość do miejsca pracy jest niemożliwa do pokonania o własnych siłach? Ogólna zasada współczesnego cyborga brzmi: każdą chwilę da się spożytkować. Nauka francuskich słówek powinna załatwić sprawę – oczywiście pod warunkiem, że pod koniec dnia sprawdzisz, ile nowych wyrazów udało Ci się zapamiętać.

Chociaż PR-owcy do perfekcji opanowali sztukę lania wody, to chcąc wytłumaczyć sens swojej pracy muszą bazować na konkretach, często wyrażanych za pomocą danych liczbowych. Jaki ma to związek z przytaczanymi wyżej przykładami? Jak w każdym innym zawodzie, tak i w tym przypadku, specyfika wykonywanej pracy przekłada się na życie poza nią. Pewnie dlatego, tak wielu z nas uległo modzie na self-tracking, czyli sposób życia mający na celu zwiększanie efektywności, polegający na systematycznym monitorowaniu podejmowanych aktywności. Porównując budżet zakładany na pokaz mody z kosztami, jakie ostatecznie ponieśliśmy, wyciągamy konkretne wnioski na przyszłość. Dlaczego nie przenieść tego sposobu myślenia na grunt wydatków domowych? Tym bardziej, że istnieją dziesiątki, jak nie setki aplikacji zliczają- cych każdą wydaną złotówkę. Z tych samych powodów chętnie korzystamy z programów układających zdrowy jadłospis na każdy dzień – przecież to, co jemy ma ogromny wpływ na to, jak później funkcjonujemy.

Nie tylko zdrowa dieta, ale również medytacja czy ćwiczenia – na zdrowy rozum wydawałoby się, że mogą jedynie pomóc: pomagają odnaleźć balans. Dopóki samokontrola nie przybierze rozmiarów obsesji, dopóty nie mamy się czego obawiać. Gorzej, gdy pod pozorem pracy nad sobą, wpadniemy w pułapkę ślepej pogoni za doskonałością, 29 a dotychczasowe przyjemności staną się jedynie środkami uświęcającymi cel: przepłynę 30 basenów, ale nie po to, aby się zrelaksować, ale żeby oczyścić umysł i po powrocie do domu móc jeszcze raz świeżym okiem rzucić na tekst informacji prasowej. „Każdy cel, który sobie stawiamy, może być dla nas rozwojowy, lub, wręcz odwrotnie, destrukcyjny. Tym, co rozstrzyga, jest odpowiedź na fundamentalne pytanie: <>. W psychologii i coachingu problem ten określamy mianem <>” – twierdzi Magdalena Starzyńska, psycholog, trener rozwoju osobistego. „Kluczowa jest motywacja; czy przepływam te baseny, bo zdrowie jest dla mnie ważne, czy robię to po to, by maksymalizować wydajność i pracować jeszcze dłużej, jeszcze ciężej? Ważna jest intencja; pływanie, bieganie, zdrowe odżywianie jest tylko jej behawioralną manifestacją”.

Maniakalny self-tracker to tak naprawdę pracoholik, który niezmiennie podtrzymuje, że praca jest jego największą pasją. Brzmi znajomo? Znam osobę, która w dniu produkowanej przez siebie ważnej sesji zdjęciowej wylądowała z palpitacjami serca na ostrym dyżurze. Po trzech godzinach, jak gdyby nigdy nic, pojawiła się jednak na planie – tylko ci, którzy ją dobrze znali zauważyli, że wzdycha jakoś tak ciężej. Czy taka osoba różni się od kogoś, kto mimo gorszego samopoczucia decyduje analizy się przy dziesięciostopniowym mrozie przebiec dystans 20 km, bo jego Polar wskazuje ledwo 70 proc. zakładanej na dziś aktywności? „Musimy pamiętać, że istnieje granica między byciem pasjonatem swojej pracy a bycie jej więźniem” – zauważa Starzyńska. „Podobnie, jak istnieje różnica między popijaniem alkoholu, a byciem od niego uzależnionym. Jeśli zauważamy u danej osoby silną potrzebę kontroli, dążenie do perfekcji za wszelką cenę, zniekształcone postrzeganie rzeczywistości, mechanizmy zaprzeczania, irytację, przygnębienie, wycofanie, problemy w relacjach z bliskimi osobami, trudno nam będzie wyjaśnić jej stan jedynie <<miłością do pracy>> Pracoholizm jest zaburzeniem, które podobnie jak alkoholizm, wymaga leczenia”.

Szczęśliwie medal ma jeszcze drugą stronę i na końcu długiego, ciemnego tunelu, żarzy się małe światełko. W innym wypadku, jak inaczej dałoby się wytłumaczyć rosnącą popularność idei slow life i magazynów pokroju „Zwykłego życia”, pokazujących, że nie żyjemy po to, aby pracować, ale pracujemy po to, aby żyć?