Smutny paradoks życia z FOBO

Na FOBO (Fear Of Being Offline), czyli lęk odczuwany w sytuacji braku dostępu do sieci choruję od dwóch lat. Bijąc się w pierś przyznaję, że długo lekceważyłam wszelkie objawy tej choroby. I choć mówią, że nigdy nie jest za późno na walkę o powrót do normalności, to w głowie wciąż pojawia się pytanie, czy na pewno jest do czego wracać?

Zaczepiasz ludzi w tramwaju, prosząc aby pozwolili Ci na „sekundę” skorzystać z ich telefonu, bo Twój właśnie się rozładował? A może oblewają Cię zimne poty na myśl, że w czasie, gdy pluskasz się w jacuzzi, na Twoją firmową skrzynkę wpływają świeżutkie maile? Jeśli nie musisz grzebać w pamięci, aby odnaleźć sytuację, w której nawet krótka chwila bez dostępu do komórki lub laptopa sprawiła, że nagle ogarnęła Cię fala paniki, to nie chcę Cię martwić, ale Twoje FOBO osiągnęło już zaawansowane stadium.

Ta podstępna choroba zwykle zaczyna się jednak bardzo niewinnie. Dostajesz od pracodawcy telefon z nielimitowanym dostępem do Internetu. Myślisz: „Wow, extra! Moje życie stanie się teraz łatwiejsze!”. I początkowo rzeczywiście tak jest. Jeśli w puli Twoich kompetencji PR-owca mieści się zarządzanie kanałami social media to dobrze wiesz, jak możliwość kontroli publikowanych treści bez konieczności każdorazowego uruchamiania laptopa przekłada się na ilość zaoszczędzonego czasu. Podobnie rzecz się ma z zainstalowaniem skrzynki mailowej w komórce. Po co siedzieć po godzinach i nerwowo podgryzać ołówek w oczekiwaniu na maila, który powinien był spłynąć już dwie godziny temu, kiedy można robić to samo jadąc tramwajem, siedząc na spotkaniu z przyjaciółką czy oddając się błogim chwilom z ukochanym serialem. Czujecie paradoks sytuacji? Na własne życzenie, a nawet z entuzjazmem pozwoliliśmy na to, że praca z butami wtargnęła w przestrzeń zarezerwowaną niegdyś dla pasji, relaksu i chwil spędzanych wśród bliskich. Nic dziwnego, że co jakiś czas w głowach większości z Was pojawia się nęcąca myśl, aby rzucić to wszystko w diabły, wyjechać w Bieszczady i żyć z tego, co ofiaruje Matka Ziemia.

Niestety, smutna prawda jest taka, że na luksus bycia offline mogą sobie pozwolić jedynie wybrańcy, a w tym i tak wąskim gronie z pewnością nie ma miejsca dla PR-owców. Spójrzmy prawdzie w oczy: nasza rola polega przede wszystkim na ekspresowym dostarczaniu informacji. A że magazyn idzie do druku często późnym wieczorem? Albo stylistka Znanej Gwiazdy zauważyła piękną sukienkę na witrynie Twojego klienta i potrzebuje mieć ją teraz natychmiast? Fakt, że dzieje się to w sobotni wieczór nie ma większego znaczenia.

Twój wybór: możesz nie odebrać telefonu od nieznajomego numeru. Pytanie tylko, czy osoba po drugiej stronie linii jeszcze kiedykolwiek zdecyduje się do Ciebie zadzwonić. I co gorsze, jak wytłumaczyć później szefowi (jakimś cudem on zawsze wie, gdy okazja życia przejdzie tuż koło nosa), że zamiast odebrać telefon, akurat piekłaś pierniki z ukochaną 95-letnią prababcią? Na Boga! Przecież w życiu są jakieś priorytety!

W świecie public relations z FOBO nie da się wygrać, ale można próbować z nim walczyć. Na całym świecie coraz popularniejsze stają się restauracje i kawiarnie już na wejściu podkreślające brak dostępu do  wifi.  Powodzeniem cieszą się wyjazdy, w trakcie których znerwicowani pracownicy korporacji ładują baterie opiekując się słodkimi cielakami lub zbierając jabłka prosto z drzewa. Nawet jeśli do głowy wpadnie im nagle pomysł rzucenia okiem na to, co akurat dzieje się na Insta, to i spacer z wyciągniętą ku niebu ręką niewiele tu pomoże – w tego typu miejscach wszystkie sieci są bowiem skutecznie wygaszane.

Mimo wszystko najprostszym sposobem na walkę z FOBO i tak pozostaje detoks.  Jego celem nie będzie jednak chęć zerwania z nałogiem. Jak już ustaliliśmy, obecność w branży PR nie pozostawia cienia nadziei na całkowite wyleczenie. Warto jednak co jakiś czas przypominać sobie, że gdzieś tam daleko istnieje inna rzeczywistość. Spokojna, cicha, wolna od stresu, może trochę monotonna, ale przez jakże urocza. Kilka godzin, dzień, może nawet tydzień w trybie offline pozwoli Ci wyobrazić sobie, jak wyglądałoby Twoje życie, gdybyś kiedyś zdecydował się wywrócić je do góry nogami.

Nie polecam jednak przedłużania kuracji. Ósmego dnia schowasz się w łazience, odkręcisz kran i mając pewność, że nie usłyszy Cię nawet głos sumienia, zalogujesz się na maila, a chwilę później odsłuchasz wszystkie wiadomości nagrane na poczcie. Jeśli jakimś cudem tak się nie stanie, pozostaje Ci myśleć o zmianie zajęcia. W wyżej przytoczonym wypadku diagnoza może być tylko jedna: nie nadajesz się na PR-owca!

Ilustrację tytułową wykonała Elena Ciuprina.