Street art to sztuka reklamy

Popularność street artu w realu i mediach społecznościowych nie umknęła uwadze ludzi od PR-u i promocji. Największe koncerny zrozumiały, że sztuka ulicy ma niesamowity pałer – nie tylko artystyczny, ale przede wszystkim reklamowy i wizerunkowy.

Przekaz reklamowy umieszczany na murze w postaci graficznej to nic nowego. Można zaryzykować tezę, że istniał od zawsze, podobnie jak naścienne malowidła pretendujące do miana sztuki ulicy, które pokrywały ściany starożytnych miast, od antycznej Grecji i Rzymu, przez Azję Mniejszą, po Chiny. Jedna z pierwszych znanych nam dziś ulicznych reklam, narysowana na murze w starożytnym Efezie, kierowała przechodniów do... domu publicznego. Słowo graffiti pochodzi zresztą od włoskiego (czytaj: rzymskiego) graffiato, co oznaczało „szorstki” – określało wydrapywanie obrazów w porowatej warstwie muru.

Sztuka ulicy zawsze była pod obserwacją, także ludzi zajmujących się reklamą i kreowaniem wizerunku. Erupcja street artu w pierwszej dekadzie XXI wieku została szybko wyłapana przez trendwatcherów, co doprowadziło do kilku ciekawych kolaboracji reklamowych. Do historii przeszła akcja firmy IBM, która w 2002 roku zdecydowała się przeprowadzić kampanię pod hasłem „Peace Love Linux”. 

Akcja „Peace Love Linux" skończyła się mało pokojowo

Zaangażowano grafficiarzy, którzy umieścili setki logotypów na ulicach Chicago i San Francisco, a potem mieli wziąć na cel następnie miasta. Sprawa skończyła się jednak w sądzie, a firma komputerowa musiała zapłacić 120 000 dolarów kary. Kampania została przerwana, ale obserwatorzy zauważają, że IBM mimo wszystko zyskał, wywołując szum medialny.

Popularność legalnego street artu, który opanował ulice miast na całym świecie w XXI wieku, otwarła nowe możliwości. Okazało się, że nie trzeba już organizować akcji typu guerrilla, ale można działać bez obawy o konsekwencje prawne. Tym bardziej, że dotychczasowe formy reklamy umieszczanej w przestrzeni publicznej mocno się zdewaluowały. Temperatura ich przekazu znacząco spadła, estetyka i forma przestały angażować odbiorców. Coraz częściej omijamy wzrokiem klasyczne reklamy, niż im się przyglądamy. Świetnym przykładem kooperacji sztuki ulicy i reklamy jest najnowszy mural reklamowy zaprojektowany przez artystę Mateusza Kołka dla Coca-Coli. Pokazuje, że największe światowe koncerny nie obawiają się inwestować w sztukę ulicy. I bardzo dobrze!

Mural zaprojektowany przez Mateusza Kołka reklamuje Coca-Colę

Przekazy utrzymane w estetce street artu, czy wręcz do jego miana pretendujące, przyciągają wzrok i zainteresowanie. Świetnym tego przykładem była wielkoformatowa również reklama marki Burn (należy do Coca-Coli), namalowana w 2012 roku w Krakowie na ścianie przy ul. Karmelickiej. Choć została umieszczona na krótki czas, na zaledwie 3 tygodnie (potem została zamalowana), zdążyła wywołać głośny szum medialny. Od tego czasu ściana jest regularnie wykorzystywana do umieszczania tam murali reklamowych, a klientami są tak znaczące firmy, jak np. PZU.

Mural na ścianie Galerii Krakowskiej zmienił charakter budynku i wizerunek firmy

Siłę street artu pokazała również akcja „Mall Wall Art”, w której miałem przyjemność brać udział, zorganizowana w 2013 roku przez Galerię Krakowską. Centrum handlowe zdecydowało się na niestandardowy ruch, by wpłynąć na swój wizerunek i postrzeganie przez klientów. Zorganizowano międzynarodowy konkurs na mural, który miał zostać umieszczony na wielkiej, a zarazem pustej ścianie budynku. Sukces okazał się spektakularny: na konkurs zgłoszono ponad 500 prac z kilkunastu krajów. Wyboru dokonało jury złożone z artystów, władz miasta, kuratorów i dziennikarzy. Projekt Justyny Posiecz-Polkowskiej, której praca zwyciężyła, przyniósł mocny efekt nie tylko od strony estetycznej, ale też piarowej.

Galeria zyskała wizerunek mecenasa sztuki, który zainwestował niemałe pieniądze w obraz o znacznej wartości artystycznej. Krytyka architektury monolitycznego budynku została przykryta przez pozytywny przekaz na temat akcji artystycznej. Centrum handlowe poszło za ciosem i zorganizowało bezpłatne wycieczki, w ramach których można oglądać nie tylko mural Justyny Posiecz-Polkowskiej, ale także kilkanaście innych prac street artowych w Krakowie (wycieczki stały się niezwykle popularne i odbywają się również w tym roku).

Zwiedzanie naściennych obrazów to również jeden z efektów stworzenia w Łodzi rewelacyjnej galerii murali przez Fundację Urban Forms. Główny efekt jest jednak znacznie bardziej znaczący pod względem PR-owym – dzięki kilkudziesięciu pracom street artowym Łódź zmieniła swój wizerunek jako miejsca odwórconego bokiem do estetyki i zdobyła międzynarodową rozpoznawalność, o czym świadczą liczne publikacje w światowych mediach.

Louis Vuitton + Stephen Sprouse = moda & graffiti, fot. Getty Images

Estetyka graffiti czy street artu przenika coraz więcej dziedzin i nie ogranicza się tylko do kampanii reklamowych. Keith Harring, jedna z legend street artu, został zaproszony do współpracy przez Vivienne Westwood jeszcze w latach 80., by przenieść swoją estetykę na kolekcję Mistrzyni. Pamiętna jest również współpraca marki Louis Vuitton (a właściwie Marca Jacobsa) i artysty Stephena Sprouse'a, która zaowocowała powstaniem charakterystycznych, grafficiarskich printów na torebkach.

Jeremy Scott kocha Katy Perry i popkultorowe motywy, fot. Getty Images

Podobną estetykę wykorzystuje również Jeremy Scott, enfant terrible współczesnej mody, który w swoich projektach łączy tropy popkulturowe, sięgając również po motywy zaczerpnięte ze sztuki ulicy. Ciekawą kolaborację zaproponowała marka Ray Ban. Do współpracy zaprosiła kontrowersyjnego Mr. Brainwasha, główną postać mockumentu „Wyjście przez sklep z pamiątkami” autorstwa Banksy'ego. Francuski artysta zaprojektował 250 okularów utrzymanych w grafficiarskim designie.

Bolid Formuły 1 Lotusa z grafiką M-CITY'ego okazał się bardzo hot

Street art okazał się znakomitym nośnikiem reklamowym. Najlepiej pokazuje to przykład z... Polski. Trójmiejski artysta, Mariusz M-CITY Waras, został dwa lata temu zaangażowany przez należącą do koncernu Coca-Cola firmę Burn, by stworzyć reklamę utrzymaną w estetyce swoich, cenionych na świecie murali. Efekt okazał się spektakularny - marka umieściła street artowe grafiki Warsa na bolidach Lotusa ścigających się w Formule 1. W ten sposób M-CITY z salonów artystycznych trafił do środowiska międzynarodowych vipów. A street art znalazł się w reklamowej lidze mistrzów.