TRENDSPOT: Trzy kierunki rozwoju polskiej branży mody – prognoza na 2017 r.

Moda w Polsce mimo, że jeszcze nie rozpostarła skrzydeł, już zdążyła przeżyć swój pierwszy kryzys. Boom, podczas którego powstały setki marek mamy za sobą. Czas i klienci zweryfikowały zasadność istnienia wielu z nich. Silne brandy, które skupiły się na budowaniu solidnego DNA odnoszą pierwsze sukcesy, ale najbliższa przyszłość pokazuje, że je również czeka zadyszka.

K-pop wkracza do Polski

Fenomen koreańskiego popu wyszedł daleko poza muzyczne fascynacje. Seul, aktualnie najgorętszy kierunek poszukiwań inspiracji nie tylko dla niszowych marek, ale również dla modowych gigantów, wpływa coraz mocniej na to, jak się ubieramy. Tamtejszy rynek nasycił się już markami miejscowych projektantów, a także ich tańszymi odpowiednikami, gdzie za całkiem atrakcyjną cenę dostaniemy wdzianko, które ma niczego sobie tkaninę i krój daleki od sieciówkowego standardu.

Nie trzeba było czekać długo, aby ci bardziej przedsiębiorczy zaczęli sprowadzać ten gorący i w końcu konkurencyjny dla oferty popularnych marek towar. I tak np. w sklepach takich jak np. Minusey czy Oh Hey Girl znajdziemy modele wypełniające niszę pomiędzy wybiegiem a galerią handlową. Nie tylko w internecie, ale także w centrach handlowych zaroiło się od marek „no name”,  z ofertą chińskich i koreańskich kreacji. Często dostępne w ograniczonej ilości i w jednym rozmiarze nakręcają popyt. Ich naturalnym środowiskiem jest Instagram, gdzie czasami nawet mailowo i nie mając 100 proc. pewności, że realizujemy bezpieczną transakcję, możemy zakupić wzór z dużym prawdopodobieństwem, że coś podobnego raczej nie pojawi się w szafie koleżanki.

Dlaczego o tym piszę w kontekście rozwoju polskiej branży mody? Powiedzmy, że jest to forma ostrzeżenia. Koreański produkt pojawia się szybko i realizuje bieżące potrzeby klientów. Ci coraz częściej tracą cierpliwość na pojawienie się trendów w swoich ulubionych markach. O ich wierność jest również coraz trudniej, bo współczesna kultura wszystkiego „na żądanie” zachęca do poszukiwania najłatwiejszych i najszybszych rozwiązań. Zła sprzedaż nie jest wynikiem jedynie złej komunikacji czy marketingu, ale po prostu modeli niedostosowanych do oczekiwań współczesnego klienta. Liczę, że rok 2017 będzie w Polsce rokiem bardziej otwartym na modę. Internet na dobre zmienia nasze wybory zakupowe i nawet w mniejszych miejscowościach klient jest coraz bardziej wyedukowany i odważny.

Od start-up’u do korpo

Na samym początku wspomniałam o markach, które jak np. Cardio Bunny szybko przeszły drogę start-up’u i stanęły przed decyzją „Co dalej?". No właśnie – co dalej ze start-up’ami, którym się udało? Historie marek z sukcesem na koncie pokazują, że następny i naturalny etap rozwoju to korporacja i wejście w biznes już na poważnie. Ale żeby to nastąpiło, należy przedefiniować działalność, sposób produkcji i zastanowić się nad kulturą firmy. Warto wziąć jednak pod uwagę fakt, że rosnącym obecnie w siłę markom na początku przyświecały inne, niż korporacyjne cele – wśród nich między innymi stworzenie fajnego miejsca pracy – alternatywy dla korpo-rzeczywistości. Upatruję tu szansy dla aktualnie rozwijających się marek odzieżowych, które mogą wypracować nowy wzór kultury korporacyjnej, nastawionej na rozwijanie talentów pracowników i przy okazji siebie samych. To zupełnie nowe i jakościowe podejście do biznesu może za kilka lat decydować o ich konkurencyjności.

Praca u podstaw

Nie ma co ukrywać, że produkcja ubrań w Polsce nadal opiera się na układach z Panem X lub Panią Y i błagalnych mailach o dotrzymanie terminu. Owszem, można u nas odszyć dobrze, ale za to już trzeba słono zapłacić, co jak się potem okazuje, nie zawsze i nie do końca się kalkuluje.

Te problemy wynikają przede wszystkim z małej konkurencyjności i zacofania technologicznego. Lata bez inwestycji w parki maszynowe i brak systemowego myślenia o włókiennictwie prowadzą do tego, że jedne firmy decydują się na odrabianie modeli poza granicami naszego kraju, a inne podejmują ciężkie decyzje o inwestycji w sprzęt i technologie.

Jednym z pierwszych takich przykładów w Polsce była inicjatywa marki Risk Made in Warsaw, która doprowadziła do przygotowania maszyn tak, aby były one w stanie poradzić sobie z grubą dzianiną, na czym skorzystała zresztą później rzesza kopiujących Riska. W najbliższych latach należy się spodziewać większej liczby takich inwestycji, które miejmy nadzieję, będą się pojawiać w formie działań kolektywnych – we współpracy różnych marek o podobnych potrzebach. Wieloletnie narzekania na niedostępność dobrych kopyt w przemyśle obuwniczym, czy maszyn dostosowanych do odszywania większych partii modeli np. z delikatnego jedwabiu można zastąpić działaniem. Kto pierwszy ten lepszy, a pracy jest wiele. Jeżeli odrobimy lekcję z podstaw, to wejdziemy w nową erę, która będzie miała więcej wspólnego z biznesem mody niż chałupnictwem.

Ilustruje Elena Ciuprina