Wszystko czego dziś chcesz, czyli rzecz o dialogu w związku

PR i media. Związek z dłuższym stażem niż niejedno małżeństwo. Teoretycznie powinni znać się na wylot. W praktyce wciąż zbyt często zachowują się wobec siebie jak nieznajomi. Jeśli iskrzy to raczej z toksycznych powodów. A wystarczyłoby szczerze pogadać. Żadnego z powyższych kierunków nie studiowałam, a całą swoją wiedzę opieram o własne doświadczenie. Działam w branży mody od ponad ośmiu lat. To wystarczająco długo, by bardziej zależało mi na ratowaniu tego związku niż szybkim i burzliwym rozstaniu. Czekają dwie kozetki. Ktoś chętny?

Czego potrzebujesz?

Choć narzędzi coraz więcej, a w górnolotne słowa można ubrać nawet najprostsze działanie, przecież zawsze z grubsza chodzi o to samo. Zwiększenie sprzedaży produktu. Koniec, kropka.

Czego ja potrzebuję?

Potrzebuję informacji o Twoim produkcie. Koniec, kropka. Nie musisz serwować mi kremu z kalafiora podkręconego aromatem trufli, personalizowanych babeczek czy hektolitrów szampana. Oczywiście to miłe, pod warunkiem, że prócz otoczki otrzymam to, co przyda mi się najbardziej. Muszę zobaczyć produkt. A potem dostać fachowo przygotowaną informację o nim wraz z materiałem zdjęciowym.  Proste? Niekoniecznie.

Media do PR-u

Publikuję wpis o marce, którą reprezentujesz. Wpis czytają moi czytelnicy. Nawet jeśli nie popędzą do sklepu pięć minut później, w ich świadomości coś zostaje. Ufają mi, bo mogą. Nigdy przez te wszystkie lata nie wcisnęłam im ani grama kitu. Jeśli zaczynasz od wciskania kitu mojej skromnej osobie, musisz liczyć się z konsekwencjami. Jeśli piszesz, że produkt posiada certyfikat, bądź przygotowany na pytania, jaki dokładnie. Jeśli dajesz do zrozumienia, że powstał w „godnych warunkach”, musisz sam dobrze wiedzieć, co to dokładnie dla marki oznacza. Jeśli przedstawiasz „limitowaną kolekcję dostępną w wybranych sklepach”, ich listę powinieneś mieć jeśli nie w głowie, to choć w najbliższym notesie. „Większość produktów powstaje w Polsce” – a pozostała część gdzie? Nie bawię się w „kopiuj – wklej” i dobrze wiesz, że nie jestem jedyna.

Jeśli dopiero zaczynasz swoją „przygodę” z marką, polecam jedną prostą rzecz. Wpisz jej nazwę w wyszukiwarkę i przejrzyj choć pierwszą stronę wyników. To pozwoli Ci zaoszczędzić czas oraz uratować własny honor, gdy rzucisz się z wysyłaniem propozycji do potencjalnych zainteresowanych, którzy o marce pisali jeszcze w czasach, gdy Twój największy niepokój budziła zbliżająca się matura. Całkiem niedawno zdarzyło mi się otrzymać informację przedstawiającą pewną firmę. Pech chciał, że opisuję ją solidnie od pięciu lat, a moje teksty wyskakują jako jedne z pierwszych w Google – wystarczy uczynić to, co poradziłam na początku akapitu.

Dopóki nie masz za sobą marki z najwyższej półki, która rządzi się często całkiem odmiennymi od standardowych prawami, twoim świętym obowiązkiem jest zaprezentowanie produktu jak największej liczbie osób. Nie baw się w selekcjonera, nie szukaj luksusu tam, gdzie go nie ma (i wcale nie potrzeba). Wiadomo, że na prezentację sprzętu do mycia okien nie zaprosisz ludzi mody, ale gdy trzymamy się tematów odzieżowych, nie decyduj za kogoś, czy będzie zainteresowany produktem, czy nie. Daj mu szansę. A nuż się pozytywnie zdziwisz. Nie po to przygotowujesz solidną listę mediów, żeby potem zgrywać pana i władcę, łaskawego dla jednych, srogiego dla innych.

Zdecyduj się. Albo wysyłasz zaproszenie na pokaz i zdjęcia z wydarzenia, albo żadne z powyższych. Zaproszenie bez późniejszego przesłania materiału prasowego nie da żadnych skutków. Może oprócz tego, że przedstawiciele mediów będą mieli zapas szminek, płynów do płukania i mydeł na następne dwa lata oraz kaca dzień po pokazie. Z kolei materiał o wydarzeniu niepoprzedzony zaproszeniem spowoduje co najwyżej frustrację oraz wewnętrzne zwykle pytanie, o co chodzi. Chcesz mieć dużą liczbę publikacji? No właśnie.

Kilka razy zdarzyło mi się odebrać maile z pogróżkami od fotografów, którzy, choć dali projektantom prawo do dysponowania zdjęciami, uparcie twierdzili, że użycie ich na mojej stronie narusza ich prawa autorskie. Na proste wytłumaczenie, że dostałam je bezpośrednio od projektantów ze zgodą na wykorzystanie, odpowiadali, że dział PR nic o tym nie wie. Drodzy Państwo, projektanci i opiekunowie marek, musicie się ze sobą komunikować w takich sprawach. To są rzeczy podstawowe.

Zostaw dla siebie złośliwe uwagi. Dziś mówisz tak o „blogerce – youtuberce”, skąd mam wiedzieć, że jutro nie powiesz tych samych bzdur o mnie? Tym bardziej, gdy następnego dnia widzę, że Twoja firma wysłała ją do Spa w Argentynie. W takim razie chyba nie jest aż tak głupia, skoro wchodzicie we współpracę? A może współpracujecie tylko z półgłówkami? Czy gdy otrzymam od Was ofertę, mam czuć się obrażona? A może zdiagnozowana?

PR do mediów

Wasza kolej, drodzy Państwo. Na pewno macie szereg uwag do przedstawicieli mediów, którzy obiecują, a się nie wywiązują. Przychodzą się najeść, spóźniają z publikacjami, stawiają absurdalne warunki. Czekam na odpowiedź, bo to rzecz o dialogu. Tak łatwo się nie poddam.

P.S. Nie pisała tych słów obrażona blogerka, której marki nie chcą sponsorować wycieczek do Nowego Jorku. Pisała osoba, której zależy na jak najlepszej komunikacji z Wami. Koniec, kropka.

Zdjęcie tytułowe: Style Stalker.